Canon EOS 450D - nowy rynkowy przebój? Test aparatu.

Poprzednicy EOS-a 450D osiągali rekordy rynkowej sprzedaży, czyniąc firmę Canon liderem światowego rynku lustrzanek. Sprawdziliśmy, czy nowy model ma podstawy ku temu, by powtórzyć ten sukces. Dzięki współpracy e-cyfrowe.pl z miesięcznikiem FOTO-VIDEO-DIGITAL przedstawiamy poniższy test autorstwa Tomasza Kulasa.

Canon EOS 450D - nowy rynkowy przebój?


Gdy pierwszy raz z daleka ujrzałem Canona 450D, pomyślałem, że to jakaś inna lustrzanka tej firmy, może model półprofesjonalny. Zmyliło mnie to, że w porównaniu do poprzednika aparat nieznacznie urósł (o 4 milimetry), a przede wszystkim jego korpus został zaprojektowany zupełnie od nowa. Łagodniejsze, obłe linie górnej części body przypominają bardziej zaawansowane modele Canona. Po chwili wziąłem aparat do ręki i... wrażenie profesjonalności prysło. Z każdym kolejnym modelem jest coraz lepiej, ale nadal dominuje wrażenie -plastikowości-.

Ogromny wyświetlacz: ma obecnie przekątną 3 cale (7,6 cm), co spowodowało konieczność totalnego przemeblowania położenia prawie każdego przycisku. Niemal wszystkie podstawowe funkcje dają się przy tym uruchomić jednym przyciskiem.


Czujnik zbliżeniowy: to w przypadku Canona już nie nowość ? miał go również poprzedni model. Działa sprawnie (wygasza ekran) i znacznie zwiększa wygodę użytkowania, nawet jeśli ustawimy ciemne tło menu.
Przycisk ISO: pojawił się tym razem w dość dziwnym, ale przemyślanym miejscu, tuż za pokrętłem zmiany parametrów ekspozycji. Dzięki temu łatwo można go znaleźć, nawet gdy patrzymy równocześnie przez wizjer.



Zapis na kartach SD: to standard w tej klasie lustrzanek, niemniej 450D jest pierwszym aparatem Canona, który to czyni. Poprzedni model (400D ? z lewej strony) zapisywał jeszcze zdjęcia na kartach CF.
Nowy obiektyw kitowy: ma teraz wbudowaną stabilizację optyczną, która w naszym teście dorównywała sprawnością systemowi stabilizacji czwartej generacji w profesjonalnej ?L-ce?.

LICZĄ SIĘ DETALE
Potem jest tylko lepiej i już w tym momencie testu zaryzykuję stwierdzenie, że korpus jest najsłabszym punktem tego niezwykle dopracowanego aparatu. W końcu to już czwarta generacja serii, którą rozpoczął EOS 300D - konkurenci, nawet wypuszczający na rynek nowe modele częściej niż co jeden rok, mogą poszczycić się maksymalnie trzema.

Uchwyt prawej dłoni jest obecnie nieco wygodniejszy, bo zwiększyła sięwysokość całego aparatu. Nadal jednak osoby o dużych dłoniach mogą odczuwać delikatny dyskomfort.


Rewelacyjnie rozwiązane jest sterowanie aparatem. Każdy ważny parametr da się wywołać za pomocą jednego naciśnięcia przycisku, więc po dość krótkim czasie będziemy mogli obsługiwać aparat zupełnie bezwzrokowo. Do tego dochodzi ogromny, jak na tę klasę, 3-calowy wyświetlacz. Może nawet nieco za duży? Ekran 2,7-calowy pozwoliłby chyba na lepsze rozplanowanie przycisków. Jednak od przybytku nie boli ani głowa, ani oko patrzącego na ekran użytkownika, więc dobrze jest, jak jest.
Skoro o oku mowa, na pochwałę zasługuje również wizjer nowego Canona. Niby oparty został na lustrach, a nie na pryzmacie, jednak w bezpośrednim porównaniu naprawdę ciężko nam było zauważyć różnicę w jasności i wielkości w porównaniu do modeli z wyższej serii.

Tryb zdjęć seryjnych: pozwala zarejestrować dobry kadr nawet w trakcie bardzo dynamicznej sceny. Serie wykonywane są teraz z częstotliwością 3,5 kl./s, czyli pół klatki szybciej niż w przypadku EOS-a 400D.





Mogę, ale się wstydzę
Tak można by określić kolejną innowację, jaką wnosi EOS 450D - obowiązkowy w tym sezonie tryb Live View, czyli kadrowanie za pomocą tylnego wyświetlacza. Żeby go uruchomić, u konkurentów (np. Olympusa E-420) wystarczy nacisnąć specjalny przycisk. Natomiast w świeżo wyjętym z pudełka Canonie Live View po prostu nie działa, a jak już koniecznie, użytkowniku, chcesz i się upierasz, to wejdź w menu, znajdź piątą zakładkę od lewej i tam zmień ustawienie -Fotografowanie Live View" z -Nie wyświetlaj-  na -Wyświetlaj- .
No dobra, Live View już działa (po naciśnięciu przycisku SET). Może chciałbyś jeszcze, by działał autofokus, uparciuchu? No to znów: menu, tym razem szósta zakładka, Funkcje indywidualne (Custom Functions), ustawienie ósme. Można tam wybrać dwa tryby działania autofokusu (domyślnie nieaktywne): -Tryb szybki-, oparty na detekcji fazowej (na chwilę opuszczane jest lustro) lub -Tryb bez przerw Live View-, gdy wykorzystywana jest detekcja kontrastu (swoją drogą, po raz pierwszy w lustrzankach Canona). Ogólnie proste, prawda? Aha, żeby ustawić ostrość, nie naciskamy do połowy spustu migawki, tylko przycisk -lupa- z minusem. Też chyba dla ułatwienia...
Koniec tych złośliwości. Żeby oddać sprawiedliwość Canonowi, trzeba przyznać, że w obu trybach ostrość ustawiana jest dosyć szybko, czyli tak, jak w niezłym... kompakcie. Nie ma się czego wstydzić, lecz Sony A350 i A300 robią to i szybciej, i lepiej, ale z użyciem nieco innych metod.


Wbudowana lampa: podnosi się niesamowicie wysoko, co zmniejsza ryzyko powstania efektu czerwonych oczu. W przekroju widać również system stabilizacji optycznej w obiektywie i nowy, większy wizjer optyczny.



Inne nowości
Lista nowości, i to całkiem konkretnych, na Live View, lepszym wizjerze optycznym i większym wyświetlaczu się nie kończy. Przede wszystkim w końcu w menu pojawiła się opcja punktowego pomiaru naświetlenia (centralne 4% kadru). Dla użytkowników innych systemów to żadna nowość, ale zwolennicy Canona musieli czekać na to wiele lat. W licznych sytuacjach zdjęciowych ten rodzaj pomiaru jest niemalże niezbędny.
Może szkoda, że Canon poszedł za modą i w miejsce kart Compact Flash wprowadził zapis na pamięciach SD i SDHC. Zajmują mniej miejsca i dają się bez dodatkowych czytników odczytać w wielu notebookach, ale nadal nie dorównują szybkością i pojemnością kartom CF.

Nowy obiektyw kitowy: ma wbudowany system stabilizacji optycznej, który w czasie testu okazał się zaskakująco skuteczny. Oferuje też dość wysoką jakość zdjęć, choć poza centrum kadru obserwujemy już wyraźny spadek ostrości.



Ważną zmianą, zwłaszcza z perspektywy korzystania z trybu Live View, jest wymiana akumulatora. Nowe ogniwo o oznaczeniu LP-E5 ma teraz pojemność 1080 mAh (w 400D - 720 mAh), co i tak wydaje się dość niską wartością. Starcza to na wykonanie ok. 700 zdjęć, częściowo z użyciem lampy i trybu Live View. Na szczęście wraz z 450D debiutuje też nowy uchwyt pionowy, w którym zmieścimy dwa takie akumulatory lub sześć ogniw typu AA - BG-E5.
Gdy głębiej poszperamy w menu aparatu, znajdziemy jeszcze kilka innych ciekawostek. Przede wszystkim w znacznym stopniu można definiować kolorystykę głównego ekranu, dostosowując go do własnych potrzeb czy upodobań. Dostępne są cztery kombinacje kolorystyczne: czarna, niebieska i dwie w odcieniach szarości.
W podmenu Funkcji indywidualnych znajdziemy za to m.in. regulujący sposób wywoływania plików -Priorytet jasnych partii obrazu- oraz -Automatyczny optymalizator jakości-, korygujący ekspozycję i kontrast zdjęć.


Duża szczegółowość zdjęć: 12-mln matryca pozwala zarejestrować nieco więcej szczegółów niż sensor lustrzanek 10-mln, ale pod warunkiem, że do korpusu podłączymy obiektyw wysokiej klasy.

Nowa matryca
Tym razem nie ma też najmniejszych wątpliwości, że amatorska lustrzanka Canona ma inną matrycę niż model półprofesjonalny. Doszło nawet do śmiesznej sytuacji, w której aparat pozycjonowany niżej, czyli 450D, ma matrycę o rozdzielczości 12 mln pikseli, podczas gdy Canon EOS 40D wyposażony jest w sensor 10-milionowy. Naturalnie nasunęło się więc nam pytanie - która z tych matryc jest lepsza?
Podobnie jak w przypadku EOS-a 40D, 14-bitowe przetwarzanie obrazów nie przełożyło się w teście na jakieś radykalne zwiększenie zakresu dynamiki. Natomiast jeśli chodzi o poziom szumów, odpowiedź jest prosta. 10-milionowa matryca modelu 40D ma z tym znacznie mniejszy problem niż sensor 450D. Teoria, że większa liczba pikseli przekłada się na wyższe szumy, znajduje w tym przypadku potwierdzenie, bo z nowym Canonem wygrywają pod tym względem również inne 10-milionowe lustrzanki, np. Nikon D60 czy Pentax K200D.

Pomiar punktowy: w końcu jest dostępny w amatorskich lustrzankach Canona. Dzięki niemu dobre naświetlenie takiego zdjęcia to żaden problem.



Z założonym dobrym obiektywem Canon EOS 450D prawdopodobnie przewyższy je za to szczegółowością zdjęć. Możliwości nowej matrycy widać nawet przy kitowym -szkle- 18-55 mm, który przy ogniskowej 18 mm i przysłonie f/8 osiągał nawet 2591 linii na wysokość kadru, co przekłada się na realną rozdzielczość ponad 10 mln pikseli. Przy innych ogniskowych i stopniach otwarcia przysłony jest już gorzej, ostrość spada też znacznie poza centrum kadru - ale to wina obiektywu, nie matrycy. Z drugiej strony różnica realnej rozdzielczości w stosunku do zdjęć z aparatów z matrycami APS-C o rozdzielczości 10 mln pikseli nie jest duża, zwłaszcza gdy nie używamy optyki z najwyższej półki cenowej. Wybierając lustrzankę dla siebie, nie warto więc zwracać uwagi na tę 2-milionową różnicę.

Dynamika: Canon 450D przetwarza obraz z 14-bitową głębią kolorystyczną, ale w praktyce nie ma to przełożenia na zakres dynamiki, zwłaszcza w najlepszej jakości.
Pobierz oryginał
Rozdzielczość: wynik w centrum kadru pokazuje, że 12-milionowa matryca Canona ma duże możliwości. Duży spadek poza centrum ujawnia za to, że 'wąskim gardłem' jest obiektyw.
Pobierz oryginał
Odwzorowanie barw: wypadło dość przeciętnie ? średni błąd balansu bieli to 403 K. Nowy Canon ma też tendencję do mocnego podbijania kolorystyki, średnio aż do 126%.
Pobierz oryginał



W praktyce
Absolutnie nie znaczy to jednak, że Canon EOS 450D stoi na jakiejś straconej pozycji.  W obecnych czasach poziom zdjęć z niemal wszystkich nowych lustrzanek uznać można co najmniej za satysfakcjonujący, więc przy wyborze lepiej kierować się innymi kryteriami. Duży i jasny wizjer, bardzo dobry, 9-punktowy czujnik AF oraz duża liczba obiektywów z ultradźwiękowym napędem USM sprawiają, że to jedna z najszybciej działających lustrzanek na rynku, zwłaszcza w tej klasie cenowej. Dodać należy do tego coś, o czym wspomniałem wcześniej - niezwykle szybką obsługę, głównie dzięki dużej liczbie specjalnych przycisków.

Spora dystorsja beczkowata: przy najkrótszej ogniskowej to niestety coś, do czego będą musieli przyzwyczaić się użytkownicy zoomu 18?55 mm f/3,5?5,6 IS. Konkurencyjne konstrukcje mają dokładnie taką samą przypadłość.
Pobierz oryginał



Redukcja szumu: włączenie redukcji szumów przy wyższych czułościach ISO (żółty wykres) nie dało wyraźnych efektów, podobnie jak korekta przy długich czasach naświetlania (pomarańczowy).
Pobierz oryginał
Szumy: Canon (z włączoną redukcją szumów przy wysokich czułościach ISO) rejestruje znacznie więcej artefaktów niż Nikon D60 przy podobnych ustawieniach. Nie jest przy tym ostrzejszy.
Pobierz oryginał




Troszkę gdybania
Rysuje nam się więc w tym momencie ciekawy podział rynku wśród dwóch głównych rywali: Canona i Nikona. EOS 450D przewyższa D60 pod wieloma względami (np. wizjer, Live View), ale jest też od niego wyraźnie droższy. W ofercie Canona powstała wręcz dziura - brak czegoś naprawdę taniego, dla początkujących użytkowników. Być może sytuacja unormuje się po premierach, jakie związane będą z tegorocznymi targami Photokina. Ze strony Canona pojawi się tam może jeszcze tańsza lustrzanka cyfrowa (ostatnio -wypłynęła- nazwa 1000D), która będzie rywalizować z D60, a Nikon pokaże za to następcę leciwego już modelu D80, który stanie w szranki z EOS-em 450D. Ale to tylko gdybanie. Jak będzie - zobaczymy niebawem.




Autor:
Tomasz Kulas

Egzemplarz aparatu do testów użyczył sklep e-cyfrowe.pl